Fundacja "Przyjaciele Czterech Łap"
Bierzemy odpowiedzialność za tych, których oswoiliśmy
Przyjaciele Czterech Łap
KRS: 0000319906
REGON: 320608231
NIP 597-169-91-69

 
NOWY NR KONTA

40 1440 1286
0000 0000 1637 3273
(PKO BP)
 
PayPal:
fundacja@
przyjacieleczterechlap.pl

 
 
 
 


 
03 - 13 sierpnia 2011
 
Dzień pierwszy
Do Krzykosów dojechałam około 15.00. Na miejscu był Zbyszek (winowajca sprawy rozmnożonego stada), Agata (to Ona rozpoczęła pomoc krzykoskim psom), Krzysztof (fotograf, znajomy Agaty) oraz psy: Diana, Castor, Raf, Perełka, Bajka, Bajt, Iskierka, Mopsiu i pięcioro podrośniętych szczeniaków. Psy przejawiały zainteresowanie naszą obecnością na ich terenie, ale bały się i rozpierzchały po kątach. Wyjątkiem był jedynie Castor, który chętnie z nami przebywał, czerpał przyjemność z pieszczot i oprowadzał nas po wszystkich zakamarkach. Agata przywiozła trzy kartony słodkości z piekarni, bo myślała, że trochę nas będzie - a tu skucha.
Pojechaliśmy do Lubońka: 1ha ogrodzonego, zarośniętego półtorametrowymi pokrzywami sadu z olbrzymim (800m2) domem. Tamtejsze psy szczekały i chowały się po krzakach. Ścieżki, po których chodziłam dosłownie wybrukowane były starymi kościami (zużyty składnik ich głównego menu)... Dotarliśmy do miejsca, gdzie w czerwcu urodziły się kolejne szczenięta. Gdy braliśmy je na ręce, wyły i piszczały wzywając na pomoc matkę. Obfotografowaliśmy je, odpchliliśmy i odnieśliśmy na miejsce. Uznaliśmy, że jutro przewieziemy je do Krzykosów. Chcieliśmy uniknąć rozprzestrzenienia się pcheł (maluchy miały ich dziesiątki).
Posiedzieliśmy we czwórkę przy kawie i ciastkach, obgadaliśmy, co się będzie działo przez najbliższy tydzień. Agata i Krzysztof pojechali do domu.
Zbyszek oprowadził mnie po nieruchomości. Poznałam kolejne pięć psiaków, niedawno przewiezione tu z Lubońka, obecnie zamieszkujące dwa pomieszczenia w domku gospodarczym: Bohun, Czarnulek, Lucky, Psotka i Figa. 
Żeby nie przedłużać, moje wrażenia z oględzin samej posesji w dwóch słowach: upadłe królestwo. A rozwijając: na dole część handlowo-usługowa wraz z biurami, na piętrze - część mieszkalna złożona z dwóch pokojów, salonu z aneksem kuchennym oraz łazienką. Sprzętów wiele tam nie było - kuchni brak, ślad po kominku, stolik, wersalka, regał. Kurz sprzed czterech lat, mnóstwo osobistych drobiazgów. Widać, że miejsce to było niegdyś luksusowe. W łazience kabina prysznicowa, dwie umywalki, bidet, wc. Podłogi drewniane lub ceramiczne.
Wieczorem wpuściłam do domu wszystkie szczeniaki, zamknęłam drzwi na klucz i zabrałam się do szorowania "mojego" pokoju i łazienki.
 
Dzień drugi
Szczeniaki obudziły mnie wraz ze wschodem słońca o 4.30. Wypuściłam je na dwór i zobaczyłam, co nawyrabiały przez noc: poroznosiły wszystko, co się dało, obsikały i obesrały znaczną część podłogi, itd.... No to co? Sprzątamy! Postanowiłam przystosować dom dla psów. Potem kręciłam się po podwórzu oswajając dorosłe psy z moją obecnością. Przyjechał Zbyszek i pojechaliśmy do Lubońka.  Zapakowaliśmy cztery szczeniaki do transportera, odstawiliśmy w cień i poszliśmy wydeptywać ludzkie ścieżki. Ponieważ teren przypominał dżunglę, uznaliśmy, że wydeptywanie ścieżek to krok pierwszy, by dotrzeć w jej najdalsze zakamarki. Po jakimś czasie przedzierania się przez pokrzywy spotkaliśmy na swej drodze szczenię. Malutkie - na oko czterotygodniowe - żeberka na wierzchu, brzuch napakowany robalami zwisał nienaturalnie niemal do ziemi. Kawałek dalej - drugie szczenię w jeszcze gorszym stanie. Szukaliśmy kolejnych maluchów, ale więcej nie zauważyliśmy. Zrobiło się szaro i na wizytę u weterynarza było już za późno. Pojechaliśmy z sześciorgiem szczeniąt do Krzykosów. Odizolowaliśmy jeden miot od drugiego tworząc im spore zagrody na parterze w domu. Zajęłam się dalszym sprzątaniem - cały czas miałam nadzieję, że ktoś do mnie dojedzie, poza tym bardzo chciałam przygotować "salę operacyjną" na przyjazd weterynarza. Na powierzchni około 80m2 stało sporo regałów pozastawianych drobiazgami, które postanowiłam popakować w kartony i powynosić (zbiornica kurzu). W tym czasie szczeniaki piszczały, sikały... głaskałam je, zaglądałam, sprzątałam to, co wyprodukowały... Nocą zmarł jeden z dwóch najmłodszych szczeniaków... Jego brata wzięłam do łózka na noc - był cudowny - tulił się domagał ciepła...usnęliśmy.
 
Dzień trzeci
Z samego rana pojechaliśmy do weterynarza we Włocławku z maleńkim szczeniakiem i pięciorgiem kociąt, które urodziły się półtora miesiąca temu. Kocięta - ok. Szczeniak - w stanie krytycznym - został podłączony pod kroplówkę i  na obserwacji w gabinecie. My pojechaliśmy ze Zbyszkiem na poszukiwania suczki wyadoptowanej dwa tygodnie wcześniej, która zaginęła podczas spaceru. Bez skutku. Wróciliśmy do lecznicy, gdzie spotkaliśmy dobrą duszę (wcześniej nawiązałyśmy kontakt telefoniczny), która obdarowała nas karmą dla psów i kotów oraz wieloma dobrymi słowami. Szczeniak nie czuł się dobrze... Droga powrotna była długa - jechaliśmy starym Lublinem Zbyszka (max 60km/h), kocięta płakały w transporterku, szczeniak cierpiał, płakał i wiercił się. Gdy dotarliśmy do domu, był w stanie agonalnym. Podłączyłam go pod kroplówkę... po około 2 godzinach umarł....
 
Dzień czwarty
Na całego zaczęła się socjalizacja: czwórka szczeniaków przewieziona z Lubońka we czwartek otrzymała imiona:
 
Panda                 Grubcio
   
 
 
Flip                     Flap
  
 
Flip i Flap zamieszkali w "moim" pokoju, Grubcio i Panda, póki co zostali w kantorku na parterze domu. Chciałam je dokładnie poobserwować.
Bez przerwy kręciłam się po podwórzu, sprzątałam, wymieniałam wodę. Psy powoli przestawały łazić za mną i szczekać. Teraz albo po prostu łaziły, albo zwyczajnie leżały przy schodach jedynie wzrokowo kontrolując sytuację. Iskierka i Bajt były wciąż nieufne. Nie dawały się skusić nawet smakołykami. Na Dianę znalazłam sposób: gdy szła za mną, szczekała i groziła, że uszczypnie, brałam na ręce jej dziecko i to kończyło historię:)
Chyba tego dnia Zbyszek przywiózł pierwsze psiaki z Lubońka: najpierw Kamę, a potem Pino i Pandę - dwóch siedmiomiesięcznych braci:
Panda &  Pino 
Zamieszkali w przygotowanych przez pana Krzyśka kojcach. Pan Krzysiek czasami przychodzi pomagać Zbyszkowi. Psy bardzo go lubią.
Nie mam zdjęć Kamy - gdy tylko pojawiałam się w okolicy, ona chowała się do budy.
Tak minął dzień czwarty. Noc nie była już samotna - Flip i Flap dotrzymywali mi towarzystwa:)

Dzień piąty
Pobudka, jak zwykle o 4.30. Szczeniaki wyprodukowały tyle nieczystości, że dwa duże pojemniki na śmiecie na zewnątrz pękały w szwach. Pan Krzysiek zrobił z nich ognisko. Flip i Flap stopniowo załapywali, że gazety, które rozkładam im na podłodze, świetnie służą jako wc.
Przyjechała Agata ze swoją córką Marysią i siostrzenicą Marcysią. Szczeniaki i kocięta miałam z głowy. Dziewczyny zajęły się maleństwami socjalizując je w ekspresowym tempie.
Mój plan na dziś: wysprzątać domek Bohunów (ten domek gospodarczy, w którym mieszkała piątka psów). Odór był przepotworny, ale co tam - ścierka, ciepła woda, detergent i do roboty. Bohun - mocno pobudliwy piesek - zaglądał mi wszędzie, szarpał lekko za włosy, próbował wyciągnąć majtki ze spodni...
Agata wpadła na świetny pomysł, żeby przenieść całą grupę do trzeciego kojca. Tak też się stało. Psy odżyły - świeże powietrze, dobry widok dookoła.
Wieczór był przemiły. Pogaduchy do późna, kołysanie szczeniaków na dobranoc.
 
Dzień szósty
Pojawiła się rutyna: z zamkniętymi oczami o 4.30 sprzątanie w pokoju szczeniaków (cała czwórka dostała przydział na spory pokój na piętrze w domu), śniadanie dla podwórzaków i śniadanie dla psów kojcowych. Porozstawiałam w przedsionku półki, na których chętnie układały się nocą. 
Dalsza część porządków, przekupywania psów smakołykami, doglądania kociąt, szczeniąt... Tym razem były cztery pary rąk do pracy i cztery głowy produkujące pomysły.
Popołudniu Agata i dziewczynki wróciły do domu.
Telefonicznie ustaliłam na 100% przyjazd mojego zaprzyjaźnionego weta z Barlinka we czwartek (za trzy dni). Co prawda do tej pory pacjentów dla Niego nie udało się zbyt wielu pozyskać, ale wrodzony optymizm podpowiadał mi, że ulegnie to zmianie.
Aaaa! Zapomniałabym, że Agata zabrała ze sobą do nowego domu pod Toruniem sunię Red. Oto ona:
       
Tę noc spędziła ze mną Rudzia. Chciałam ją poobserwować, bo niefortunnie ulokowała swoją tylną łapkę w plastikowym pojemniku raniąc ją. Ponieważ Rudzia jest bardzo delikatna, niewielka ranka na łapie okazała się dla niej bardzo dotkliwa.
 
Dzień siódmy
4.30 - sprzątanie u szczeniaków, śniadania.
Gorączkowe, coraz bardziej, sprzątanie przed przyjazdem weta - przecież sala operacyjna musi być sterylna!
Tego dnia przyjechała WIELKA NIESPODZIANKA! Ania i Paweł z Włocławka ogłosili zbiórkę karmy dla Krzykosian i przywieźli ją osobiście (140kg!). Usiedliśmy przy herbacie, pogadaliśmy. Niektóre psy nawet dały się pogłaskać. Castor był zachwycony - kolejny raz mógł oprowadzić kogoś po swoich włościach, dostać trochę czułości i smakołyków. Ania i Paweł obiecali pomóc w rozpropagowaniu akcji, wyadoptowaniu szczeniaków i psów dorosłych. Włożyli mi w kieszeń 100zł na dalsze działania i odjechali zabierając do Włocławka jednego kociaka, który znalazł stały dom. 
Tego dnia Zbyszek przywiózł mi radio z odtwarzaczem CD. Uznałam, że ciut brakuje mi łączności ze światem. Wtedy to, prawdopodobnie, psy po raz pierwszy usłyszały muzykę i mnóstwo ludzkich głosów.Początkowo były nieco speszone, ale po jakimś czasie zaczęły to ignorować.
Mopsik - nieduża ruda suczka - stwierdziła, że jestem całkiem fajna i zaczęła się ze mną komunikować.
     
 
Zbyszek przywiózł z Lubońka samca alfa - Kazan, lat 12.
   
Ciekawe, czy nastąpią jakieś przetasowania w stadzie...
 
Dzień ósmy
Zbyszek zakupił cały karton środków czystościowych, abyśmy miały czym wypucować salę operacyjną. Powiedziałam "my", bo na dzisiaj miałam obiecaną pomoc dwóch dziarskich kobiet. Pierwsza przyjechała wczesnym popołudniem (celowo nie wymieniam imienia tej damy, gdyż chce pozostać anonimowa), druga- Eva-Maria - przybyła parę godzin później.
Pajęczyny i kurz sprzed trzech lat poszły precz, pozbyłyśmy się much, nieprzyjemnego zapachu i reszty zbędnych sprzętów. Wyglądało na to, że polowa sala operacyjna będzie bardzo profesjonalna.
Zwierzęta coraz mniej się nami przejmowały - to dobrze, znaczy, że oswoiły się z obecnością ludzi.
Wieczór spędziłyśmy na pogaduchach i dopieszczaniu tych bardziej odważnych.
Gdy zrobiło się ciemno, Pani Anonimowa pojechała do domu. A ja i Eva-Maria pielęgnowałyśmy szczeniaki i rozmawiałyśmy do godzin późnonocnych.
Aha! Nasza wspólna znajoma zabrała do swojego domu pod Bielefeld na tymczas trzy   pozostałe podrośnięte szczeniaki: Zuzę, Rudzię, i Kirke:
   
 
  
Dzień dziewiąty
Godzina zero (przyjazd Daniela weta): 9.30.
Zajrzał do środka i orzekł, że sala operacyjna jest ok. Wraz ze swoją asystentką, Dorotą, zaczęli znosić sprzęty.
   
sala operacyjna                        sala pooperacyjna
 
Nie będę się rozwodzić nad szczegółami. Wynik jest taki:
- 4 wysterylizowane suki (1 w ciąży, 2 z ropomaciczem)
- 7 wykastrowanych psów
- 1 wysterylizowana kotka
- 1 wykastrowany kocur
-20 zaszczepionych psów
- 4 obejrzanych szczeniąt + zalecenia
- 4 obejrzanych kociąt + zalecenia
- 2 obejrzane psy-seniorzy
 
Po 17.00 Daniel i Dorota spakowali sprzęty i odjechali do domu. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem ich profesjonalizmu i niebywałej kondycji fizycznej!
 
Gdy psy zaczęły się wybudzać z narkozy, przenosiliśmy je z powrotem do kojców.
Pozostali Krzykosianie byli lekko zaniepokojeni, ale, gdy dostali pyszną kolację, wyluzowali się.
Drugi wieczór i noc z Evą-Marią były równie miłe, co pierwsze.
Tę noc spędziła w moim łóżku Ola: podrośnięty szczeniak, który w sobotę jedzie ze mną do Swarzędza do nowego domu.
   
Ola i Red                                      Ola
 
Dzień dziesiąty
To był dla mnie dzień podsumowań. Eva-Maria odjechała...
Oprócz codziennych obowiązków (szczeniaki, śniadania i kolacje, sprzątanie kojców), planowałam pouzupełniać wszystkim książeczki zdrowia, stworzyć kartotekę wszystkich zwierząt, porobić wszystkim zdjęcia (wcześniej nie było czasu na takie głupoty). Plan został zrealizowany. Cały dzień towarzyszył mi Castor - gdy robiłam w papierach w domu, leżał tuż przy moich nogach, gdy sprzątałam w kojcach, siedział przed nimi, gdy robiłam zdjęcia psiakom, chodził za mną krok w krok.
Wieczorem zbierało się na burzę... psy były zaniepokojone. Diana - do tej pory pozwalająca się głaskać tylko przy okazji karmienia smakołykami - uciekła do mnie, by się schronić. Mogłam ją głaskać, ile tylko chciałam, wskakiwała mi na kolana, przez przypadek nawet wzięłam ją na ręce:)
   
Diana
..............
Tej nocy znów spałyśmy razem - Ola i ja.
 
Dzień jedenasty - ostatni
Na 7.00 umówiłam się ze Zbyszkiem, że odpchlimy i odrobaczymy resztę towarzystwa. Tak się stało, poza kilkoma upartymi jednostkami, ale ich ma uzupełnić samodzielnie Zbyszek.
Wzięłam kąpiel, spakowałam do transporterów Pandę, Grubcia, Flipa, Flapa, trzy kociaki (jeden jeszcze dziś miał jechać do nowego domu we Włocławku); Ola zasiadła na przednim siedzeniu mojego "samochodu". Pożegnałam z łezką w oku wszystkich Krzykosian i ruszyłam w drogę.
Chciałam, w ramach oszczędności, nie jechać autostradą, ale gdy zwierzaki zaczęły piszczeć, miauczeć i  puszczać bąki podróżne, zmieniłam zdanie.
Olę odebrali w Swarzędzu przemili ludzie, którzy przekazali ją nowemu opiekunowi.
Grubcia, Pandę, Flipa i Flapa zawiozłam na ranczo w Koźminie (54km od Poznania), do domu tymczasowego.
Kociaki wysadziłam w domu mojej szefowej i przyjaciółki w Barlinku (z miejsca podjęli decyzję, że dwa zostają u nich na stałe).
Samochodem zapakowanym wspomnieniami wróciłam do domu, do mojej ludzko-zwierzęcej rodziny:)
 
T h e       E n d




  
 
 
   
 
 
 
 
 
 






 
 
Wspierane przez Hosting o12.pl